regulamin

1. Oceniamy wyłącznie potterowskie fan fiction.
2. Zgłaszać należy się tylko i wyłącznie w księdze gości.
3. Przy zgłoszeniu należy podać adres opowiadania i napisać krótko, o czym jest, a także wybrać oceniającą (i podać jej hasło zamieszczone w dziale "o nas").
4. Koniecznie należy dodać adres naszej ocenialni do linków; brak linka równa się wyrzuceniu z kolejki.
5. Nie przyjmujemy opowiadań, które wyglądają na porzucone (tzn. ostatnia notka nie może być starsza niż miesiąc), chyba że autor pokaja się w zgłoszeniu.
6. Oceniamy po kolei, ale od tej reguły mogą być wyjątki.
7. O gotowej ocenie zostaniesz poinformowany w komentarzu pod najnowszą notką; w zamian liczymy na komentarz. Im dłuższy, tym lepszy.
8. Możesz próbować nas przekupić, nie mówimy, że się uda, ale próbować możesz. Przyjmiemy każdą ilość ciasteczek.
9. Zastrzegamy sobie prawo do zmiany regulaminu.


kryteria

Wygląd (0-20)
- grafika (0-10)
- przejrzystość (0-5)
- belka i dodatki (0-5)
Treść (0-50)
- fabuła (0-20)
- bohater główny (0-10)
- bohater poboczny (0-5)
- bohater nieistotny (0-5)
- czas i przestrzeń (0-5)
- kanon (0-5)
Język (0-25)
- styl (0-15)
- zapis (0-10)
Ekstra Punkty (0-5)


punktacja

100 - Złote Majtasy
80-99 - Kabaretki Panny Fleur
60-79 - Mokry Podkoszulek Hermiony
40-59 - Kapcie Voldemorta
20-39 - Kalesony Snape'a
0-19 - Stringi Umbridge


ocenieni

Złote Majtasy

Kabaretki Panny Fleur
Pojmany Umysł (89) | Lysia #62
Czwarte Insygnium (87) | Sylv #32
Śladami Łapy (82) | Sylv #26

Mokry Podkoszulek Hermiony
Herbaciana Róża (79) | Sylv #44
Ponoć bije (76) | Sylv #18
Aisling (75) | Lysia #11
Powiedz to (73) | Kaj #51
Teoria Durmstrangu (73) | Lysia #64
Biblioteka Wyobraźni (72) | Lysia #15
Never Belong (71) | Sylv #47
Albus (70) | Sylv #01
Odwet (69) | Sylv #13
Spotkamy się znów (69) | Lysia #59
Być Huncwotem (61) | Sylv #16

Kapcie Voldemorta
Listy Niczyje (59) | Etka #60
Więcej niż Słowa (58) | Sylv #25
Większe Dobro (58) | Lysia #45
Writer (55) | Sylv #31
Boso po Mokrej Trawie (55) | Lysia #65
Siostra H. Pottera (54) | Sylv #57
Echo Naszych Słów (53) | Lysia #17
Cmentarz Mojej Aut. (52) | Sylv #21
Wspomnienia Lily E. (52) | Lysia #49
Rok z Huncwotami (51) | Kicia #58
Niebieskie Marzenia (50) | Etka #10
Rose et Scorpius (50) | Lysia #33
Córka Glizdogona (49) | Lysia #30
Szósty Dom (48) | Lysia #12
Cienie Przeszłości (44) | Lysia #28
More Than Enemies (43) | Sylv #54
Nowojorski akcent (41) | Sylv #34

Kalesony Snape'a
Kronika Huncwotów (39) | Sylv #20
Losy Magii (39) | Sylv #36
Życie Tonks (38) | Lysia #02
Because It is Love (31) | Sylv #40
Human Strain (31) | Kaj #52
Mur Bez Bram (30) | Etka #27
HP i Mroczna Dusza (29) | Lysia #08
Pisanina Frigus (29) | Etka #06
Zbunt. czarodziejka (28) | Kicia #50
Moja psianka (27) | Kicia #63
Draco Hermiona Kon. (26) | Sylv #29
Ginger Black (26) | Lysia #22
Pudełko czekoladek (25) | Kaj #56
Losy Hermiony DHL (24) | Kicia #55
Black Family Blood (23) | Sylv #48
Moonlight Curse (23) | Etka #43
Malfoy Story (22) | Sylv #03
Amor deliria nerv. (21) | Penny #46
Oczekiwana (20) | Lysia #39

Stringi Umbridge
Ta Najwierniejsza (19) | Sylv #35
Sara Silverman (18) | Etka #14
The Death Book (18) | Sylv #19
Am. School of Magic (17) | Sylv #23
Story about Zabini (17) | Penny #04
HP - świat fantazji (15) | Sylv #07
Fremione (14) | Lysia #24
Rany Zamknięte (14) | Sylv #38
Z pamiętnika Lupina (13) | Lysia #37
Dorcas i Huncwoci (11) | Etka #52
Niepowodzenie (11) | Lysia #42
Zmieniona Miona (6) | Sylv #41
HP i Koszmar Kłamstw (4) | Etka #05
Hermiona w zespole (0) | Lysia #09


reklama

Morzosfera, Doceniamy
Polecamy konkurencję:
Talking about, PWN, Przeskoczyć rekina, Kompania Przysięgłych, Oceny opowiadań


szablon

Grafika Eciaka, html Lysi (klasyk).
Chrome 1366x768.

Lysia ocenia Boso po Mokrej Trawie.

Rany, jak ja się nudzę.
Donoszę, że napisałam już moją koszmarną pracę z dziedziny fizyki cząsteczkowej i tak po prawdzie jestem już wolnym człowiekiem. Co oznacza, że powinnam hasać po łąkach, zalewać się w trupa, oglądać seriale i w ogóle trzymać się z dala od ffków. Ale nie mogę, bo jestem trąba i mam pęknięte żebro (serio, ktoś się NIE spodziewał?).
Sylf kopiowała mi to opko do pdfa, bo Onet nie kocha mojego telefonu, no i strasznie mnie przed nim ostrzegała. Nie wiem czemu. Ja się już dawno tak dobrze nie bawiłam w podróży do mojej młodości.
Wszystkim, których oburzy nieprofesjonalność tej ocenki i mojego podejścia do blogaska (zabiłam już w tym roku moje dzieciństwo raz, nie będę tego robić po raz drugi!), dedykuję cytat z Suchych Faktów z blogaska: To blog, na Merlina, i nie będę do tego podchodzić poważnie. Chcecie przeżyć katharsis na miłosnym tle - sięgnijcie po Kunderę. Nie sięgajcie po Kunderę, tak na marginesie, chyba że chcecie zabić w sobie ideał miłości. Kundera jest dobry tylko dla takich zgorzkniałych bab jak my.
(Sylf już umarła od tego dywizu, hahaha)



Wygląd
Mnie się podoba.
Ja wiem, że mam zerowe wymagania względem grafy. Nie trzeba mi tego mówić, jestem świadoma swoich estetycznych upośledzeń. Byle nie było zegarków, schodów, kwiatków i takich tam, a jestem szczęśliwa. Ale mi się podoba, no, nic nie poradzę na to, że pasek z czyimiś oczami wygląda czyściej i porządniej niż góra chmurek i mdlących panienek. W szczególności, że one zawsze są brzydkie, cholera, tyle ładnych kobiet na świecie, a na szablonikach zawsze tylko te, ktore wyglądają, jakby przed strzeleniem fotki strzeliły sobie trzy działki heroiny, a potem przywaliły sobie w twarz patelnią.
Ale serio – naprawdę mi się podoba. Grafa, chociaż szaleją pikselki i układ też. Nie podoba mi się gigantyczny cytat, bo psuje wszystko, co buduje reszta szablonu. Bez cytatu byloby super. On tam jest taki... no, z rzyci jest po prostu. Nie da się tego inaczej ująć.
grafika: 8/10
przejrzystość : 5/5
Haha.
Nie.
Tyle bym najlepiej napisała, bo dzisiaj wszystko mnie bawi (odkąd spadłam z tych schodów i dowiedziałam się, że mam to pęknięte żebro, śmieję się z wszystkiego jak głupia, bo mi nie wolno), głównie dlatego, że właśnie oglądałam francuską Piękną i Bestię i nie mogę się pozbyć wizji tego lwa-Bestii. Ale wiem, że "haha, nie" to nie jest coś, co ujdzie mi na sucho, więc...
Obrazki z bohaterami? Serio?
Nie no, przynajmniej wszyscy wiemy, jakie oglądasz seriale (chociaż lubię Edith i morda Sereny przy jej imieniu doprowadza mnie do szału; team Blair zawsze i wszędzie!). Po prostu... O matko, ja naprawdę nie wiem, co mam na ten temat powiedzieć. "Haha, nie" chyba wyczerpało mój komentarz.
Podsumowania są bardzo przydatne dla oceniających. Znaczy, dla tych leniwych, które nie robią notatek, bo czytają w samolocie albo w trakcie tortur (zwanych niekończącymi się maratonami Ojca Mateusza mojej matki). Nie wiem, na co byłyby czytelnikom, chociaż Eci zawsze marudzi, że powinnam sama takie pisać. Ale ja dodaję notki raz na rok, to inna kategoria.
Jestem fanką Suchych Faktów. To już chyba mówiłam. Nie, żebym się z nimi stuprocentowo zgadzała, ale nie wiem, czy można mieć blogaska na Onecie bez komci odautorskich na boczku.
dodatki: 1/5

Treść
Mnie się podobało.
Muszę to zaznaczyć na samym początku, bo czuję, że powiem wiele nieprzyjemnych rzeczy na temat tego opka. W imię sprawiedliwości, oczywiście. Oceniałyśmy tu – i będziemy oceniać, bo ja mam takie w kolejce przynajmniej jedno – naprawdę dobre opka. Takie, wiesz, na poważnie. Wpasujące się w realia świata, dopięte na ostatni guziczek, szanujące kanon i kanonicznych bohaterów. Sterylne i nudne, fakt, takich wśród tych "poważnych" opek jest najwięcej, ale też i prawdziwe perłki, które chce się czytać i czytać, i głaskać po główce. To nie jest jeden z tych ffków i ja wiem, że jesteś tego świadoma.
Mimo to – podobało mi się i chciałabym to tutaj podkreślić, bo jeśli spojrzeć na to z odpowiedniej perspektywy, to opko, o którym tu mówimy, jest naprawdę świetne. Świetne na ten stary, niedorobiony sposób. Trochę tak jak setna gra o Zeldzie albo Mario, bo nikt tak nie zarabia na nostalgii jak Nintendo. Przez te kilka dni, kiedy je czytałam, czułam się, jakbym znowu była szaloną eee jedenastką. Dwunastką? Nie zrozumcie mnie źle. Gdybym jutro obudziła się dwunastką, chyba wyskoczyłabym przez okno, bo za nic w świecie nie chciałabym być znowu taką rozpieszczoną pindą. Ale nawet w tym czasie największego zaniku mózgu i dobrych manier były dobre chwile i te dobre chwile dotyczyły czasami wielkich, epickich ffków o Huncwotach, takich jak Annie Snicket (czołem, Lemot!), Annie Benne... coś? czy Alana Gryffindor.
Myślę, że ffek, o którym tu mówimy, wpisuje się idealnie w to towarzystwo.
(chociaż bez Wielkiej i Tajemniczej Mocy to już nie to samo)
(rany, dzięki ci wielkie za brak Wielkiej i Tajemniczej Mocy)
(nie wiem, czy byłabym w ogóle w stanie to jeszcze przetrawić)
(no i bez Lizzie Lupin, ja pierdolę, co myśmy czytały w młodości)
Boso czytało mi się tak, jak ogląda się Plotkarę czy inne Hart of Dixie. Wiecie, takie guilty pleasure. Chociaż nie wiem, czy ja w ogóle jestem zdolna do czucia się winną za to, że morduję swój mózg. Chyba nie. Jako blondynka i tak nie posiadam go za dużo.
Idea jest prosta ­– wszystkie problemy dotyczą sfery miłosnej, rotacja partnerów jest większa niż w rotacja sprzedawców w fast foodach, a na końcu i tak każdy z każdym. Raz w życiu byłam w sytuacji, w której każdy z każdym i chociaż osobiście postanowiłam w niej nie uczestniczyć (serio, trzeba mieć jakieś standardy względem facetów, tyle mam na swoje usprawiedliwienie), to wiem, jak to się kończy. Wszyscy wszystkich nienawidzą. Ale w ffkach nikt nie ponosi konsekwencji swoich przeszłych decyzji i w zasadzie hulaj duszo. Nawet Lemon przeżywała to, że wciąż kocha się w byłym facecie swojego bffa. Seriale obyczajowe jednak mają w tych eee rotacjach więcej głębi.
To może ja jednak przejdę do tego opisu fabuły.
Nie korzystałam ze spisu treści, nie byłam więc świadoma tego, że nie wolno mi czytać rozdziałów 7-11. Czy coś takiego. Przepraszam! Faktycznie wolałabym ich nigdy na oczy nie widzieć. To tak na marginesie.
UWAGA, STRESZCZENIE (polecam przeskoczyć do dużego koniec streszczenia):
(też w to nie wierzę, ale inaczej się miliard razy zgubię, a wciąż pamiętam o co cho)
Cała historia zaczyna się od – NIGDY NIE ZGADNIECIE – przeniesienia uczennicy do Hogwartu. Uczennicy i ucznia, mamy dwudziesty pierwszy wiek i parytety. Malfoy może być facetem (ta, jasne), to i poza Francuzeczkami możemy widywać w Hogwarcie Bułgarów. Na ich miejsce dwójka Hogwartczyków zostaje wysłana do ich szkół. To nowość. Jedną z wysłanych uczennic jest koleżanka Huncwotów blablabla, która NIE jest Dorcas.
(btw, Dorcas nie nazywa się Meadowes; padłam i się do teraz nie pozbierałam)
Nowi uczniowie to Edith Path (najbardziej irytujące nazwisko świata, 99% czasu czytałam Edith Piaf), teraz-już-Gryfonka i, co jest oczywiste dla wszystkich weteranów ffków o Huncwotach, piątka Huncwotka, no i Eryk Fross, nowy Syriusz Black, Krukon i najlepszy gracz w Quidditcha w Hogwarcie. Edith od razu zaprzyjaźnia się z Lily, oczywiście, Eryk aktualnie odszedł do lamusa. Ale wróci. Obiecuję. Wróci i będzie się prężył do czytelniczek, jak na tygryska przystało.
(nie lubię Eryka)
(matko, ja tam chyba żadnego faceta nie lubię)
(kurczaczek, nie wiem)
Edith zaprzyjaźnia się też z tajemniczym Gryfonem z siódmego roku, Danielem. Daniel też się będzie prężył. Krócej, ale będzie. Nie pręży się tylko Glizdogon, tak zauważę z góry.
Szybko, bo już w trzeciej notce, zapowiedziane zostaje główne wydarzenie ffka – Turniej Jednoroczny. Z kulawych notek odautorskich wynika, że ma to być kolejna próba przywrócenia Turnieju Trójmagicznego, tyle że, oczywiście, o wiele bezpieczniejszego. Nie wierzcie autorce. Sama idea Turnieju Jednorocznego jest równie śmiertelna, co w przypadku kanonicznego odpowiednika. Śmierdzi tanim chwytem na kilometr. Jak ja się cieszę, że im bliżej do roku 2015, tym mniej tanich chwytów tego typu!
Turniej Jednoroczny zakłada, oczywiście, trzy zadania, po reprezentancie z każdej szkoły (a szkoły są trzy), bal, takie tam. Ale totalnie nie jest Turniejem Trójmagicznym. Nie ma smoków! No tak, jaka ja jestem głupia, bez smoków to dupa a nie Turniej Trójmagiczny.
Mówiłam, że jestem blondynką.
Niespodziewany zwrot wypadków – James zakłada się z Lily, że jeśli zostanie reprezentantem Hogwartu, ta umówi się z nim na randkę. Tak, też jestem w szoku.
W tak zwanym międzyczasie i czasozapychaczu pomiędzyromansowym Huncwoci dręczą Smarka, który śmiertelnie obraża Evans, która to wali w niego potężnym zaklęciem. Rude to wredne i fałszywe. Wiem, bo mam rudego kota.
Tutaj zaczyna się pierwszy wątek miłosny – Edith, samozwańcza swatka umawia na randkę Franka Longbottoma (taaaaaaa, wszyscy są młodzi w tym opku, przyzwyczajcie się) i Alice-ja-już-nie-pamiętam-jak-jej-było-jak-nie-była-Longbottom. Romanse kanoniczne są nudne o tyle, że zawsze wiadomo kto z kim na końcu zostanie. Haha. Przepraszam. Czasem zapominam, że to i tak wiadomo.
(głównie albo przez nadużycie wytartych wątków, albo przez autentyczną chemię)
(czasami nie wiadomo i ludzie schodzą się z niczego – tak jest zdecydowanie gorzej; przeczytajcie sobie kiedyś Dramione albo obejrzyjcie Mentalistę, brr, nienawidzę, to zrozumiecie)
Frank i Alice spotykają się na naprawdę niezręcznej randce, ale pod koniec dnia są sobą absolutnie zachwyceni. A potem się czają. Czają się naprawdę długo, powiem wam, jak się zejdą. Czajenie się obejmuje klasyki takie jak wspólne szalabny, wymykanie się do kuchni i nieudana próba wzbudzenia zazdrości.
W międzyczasie międzyromansowym rozgrywa się mecz Gryffindor-Slytherin, w którym Edith zostaje kontuzjowana, a Black rzuca się jej na ratunek. Nie cieszcie się za wcześnie, romans Black i Edith wciąż jest rozkopany w rozdziale sześćdziesiątym pierwszym (i ostatnim) i nic nie wskazuje na to, że zejdą się w tym dziesięcioleciu.
(prawie nic)
(trochę wskazuje, ale podejrzewam, że potrzebują jeszcze z trzydziestu notek)
Lily odkrywa zaś, że James wziął na siebie odpowiedzialność za rozbity łeb Smarka, który był przecież tylko i wyłącznie jej sprawką. Wzrusza ją to na tyle, że prawie widzi przez moment w Potterze człowieka. Prawie to jest jednak bardzo dobre słowo-klucz.
Romans numer dwa rozkwita! No, zaczyna się powolutku. Rose, jedna ze współlokatorek Lily, odkrywa, ze Daniel (wspomniany powyżej) tak naprawdę nie jest uczniem Hogwartu, a ja coraz bardziej cieszę się, że nowsze notki nie szaleją aż tak. Przybył on do Hogwartu z Bardzo Tajną Misją, wysłany przez swoich przełożonych iwogle. Ach, bo jest aurorem. Ach, no i ma dwadzieścia jeden lat. Ach, trudna historia z dzieciństwa. Widzieliście kiedyś siedemnastolatka? I dwudziestojednolatka? Ja wiem, że niektórzy wyglądają młodo, ale... Przeskok w tym wieku jest niesamowity.
Nieważne.
Prawdziwa Misja musi być.
Odkrycie tej tajemnicy bardzo zbliża Rose i Daniela. Dam wam znać, jak się zejdą.
A, już się zeszli. Przepraszam. Zepsułam żart.
(bo Alice i Frank to jeszcze nie)
Następne parę rozdziałów to typowe zapychacze o nauce, żarcikach na Smarkerusie i próżności Syriusza Blacka. Trudno z nich cokolwiek zapamiętać. Widać, że służą tylko temu, żeby czas do przyjazdu zagranicznych gości jakoś w końcu minął.
Minął. W rozdziale osiemnastym.
W rozdziale osiemnastym dowiadujemy się, że a. wszystkie koleżanki Edith są równie wyjątkowe jak ona b. nemesis Edith istnieją, ale ostatecznie nikomu nie wtrącają się z nic specjalnego (serio, nigdy jeszcze nie widziałam nemesis, które nie robią nic, no, nemesisowego) b. Edith jest wilą. Ach, czy ja wspomniałam o tym, że Edith jest wilą? Edith jest wilą. Mogę to powtórzyć jeszcze z tysiąc razy, jeśli istnieje taka potrzeba.
Ale nie martwcie się, ona to umie kontrolować. Więc spoczko. Ucieszy was też fakt, że kilka rozdziałów później jest to już tylko strasznym wspomnieniem z przeszłości.
Panowie z Durmstrangu są znie-wa-la-ją-cy. Prężą się na wszystkie strony. W szczególności, że z okazji przyjazdu zagranicznych gości zorganizowano bal? kolację?, a wszyscy wiemy, że faceci istnieją tylko po to, żeby wyrywać heroiny na balach.
I TUTAJ ODBYWA SIĘ NAJGŁUPSZA INICJATYWA W HISTORII FFKÓW O HUNCWOTACH. No, prawie najgłupsza, jestem pewna, że istniały gorsze.
Chętnie z miłości do ffków o Huncwotach pominęłabym tę część milczeniem, ale zanim to zrobię, jako oceniająca muszę jednak wspomnieć o tym chociaż jednym zdaniem: w ramach zajęć z mugoloznastwa w Hogwarcie wystawia się Romea i Julię. Dziękuję, pozdrawiam.
To co, idziemy dalej? Daniel zostaje zaatakowany w Zakazanym Lesie i chwilowo wypada z ffka. Co ja mówię. Wypada na dobre, bo jest tylko jednym z wielu porzuconych wątków. Pojawia się później na jedną bardzo łzawą scenę, w której Rose się z nim żegna i odchodzi do lamusa, bo, wiecie, do Rose jest cała kolejka tygrysów. Te mądre, nieśmiałe i niepokorne zawsze produkują takie kolejki.
(ta, jasne)
Romans Edith-Black wciąż stoi w martwym punkcie. Edith wpada na Syriuszka z jakąś laleczkę i jest wściekła. Bo może. Wścibianie nosa w cudze życie to coś, na czym heroiny znają się najbardziej.
(jesteśmy w jednej trzeciej opka! hip hip hurrra! a ja sobie przypomniałam, że nienawidzę streszczeń)
*tu wstaw więcej zapchajdziury*
Do drużyny Gryffindoru zostaje przyjęta w miejsce Daniela Britain, rudowłose dziewczę, nad którym Syriusz pastwił się od dziecięcia. Edith szaleje z oburzenia. To tak a'propo paragrafu powyżej.
Wróćmy może do Turnieju Trój... Jednorocznego. Pamiętaj, Lyś, nie ma smoków. Reprezentantem Hogwartu zostaje James Potter, którego główną asystentką ma być Lily Evans (nie ma smoków, są asystenci, robi się coraz nudniej). Niespodzianka. To tylko dlatego, że Black się nie zgłosił, wszyscy wiemy, że Black jest Jedynym Prawdziwym Samcem. Chociaż w tym opku pełnym testosteronu (tyle testosteronu a zero seksu, dobra robota!) jest trochę wyblakły. Reprezentantką Beauxbatons zostaje koleżanka Edith, a Durmstrangu – tajemniczy, lekko sukinkocący Barton, który obrał sobie za cel zarwanie biednej, wcale-już-nie-straumionej po utracie Daniela Rose.
(duża rotacja wymaga tego, że bohaterowie strzepują z siebie życiowe traumy szybciej niż ja strzepuję z ubrań kocie futro)
James robi kolejny krok w stronę zarwania Lily – mówi jej, że powinna zapomnieć o ich zakładzie, bo nie chciałby jej do niczego zmuszać i wolałby, żeby sama go polubiła. Brzmi romantycznie, ale robi to tylko dlatego, że Edith mu tak poradziła. Wiecie, żeby wkupić się w łaski Rudej. Naprzód, Rogaty!
*tu milczeniem pomijamy R&J*
Heca z przedstawieniem ma jeden plus ­– James w końcu całuje Lily i odkrywa, że w zasadzie... w zasadzie to było kiepsko. Przysłowiowe motylki się nie pojawiły. Po prostu. Dzięki temu Potter jest w stanie wmówić sobie, że wcale nie leci na Lily (rozdział sześćdziesiąty pierwszy – Lily już wie, że ona tak, ale Potter wciąż tłumaczy sobie, że on nie).
Krótkie interludium na Edith odkrywającą, że Remus jest wilkołakiem. Naprawdę krótko. To nie rozwija romansu, więc cały wątek można zamknąć w połowie notki.
W KOŃCU DOCIERAMY DO ZADANIA NUMER JEDEN. Jeśli kogoś interesują szczegóły, odsyłam do notki numer dwadzieścia dziewięć.
Zadaniem zawodników jest pokonanie serii potworów i dotarcie na koniec portalo-labiryntu. Vanilla radzi sobie najlepiej i dociera tam jako pierwsza. James spóźnia się o jakąś minutę, bo spotkanie z Kappą go opóźnia. Barton prawie umiera, ech, taki tygrys a taka ciapa.
(chociaż, oczywiście, czytelnika zapewnia się o tym, że po prostu miał trudniejsze zadanie)
Feniks na końcu portalo-labiryntu zostawia wskazówkę dla Vanilli. Reszta zawodników ma radzić sobie sama.
Czas na bal. Bal to punkt kulminacyjny dla wielu romansów, nie? Zanim jednak bal się rozpocznie, trzeba się pozapraszać, no i pokupować sukienki. Black dostaje kosza od Edith, a Britain zostaje wmanewrowana przez jakąś sukę bez serca do zakupu najbrzydszej szmaty we wszechświecie.
Ach, no i Frank z Alicesię schodzą.
BAL. W trakcie balu dzieje się wiele istotnych dla fabuły rzeczy. Britain zostaje uratowana od publicznej kompromitacji i, cóż, wyrywa Jamesa na współczucie.
(biedny Jim)
Do zamku wraca Dorcas. Dorcas uczyła się do tej pory w domu. Dorcas jest zabójczo kochliwą, seksowną i popularną koleżanką Lily, ale NIE nazywa się Meadowes.
Alice i Frank w domyśle idą ze sobą do łóżka.
(no nie mów, że nie)
(kocham domysły, wszystko w ffkach powinno się odbywać w domyśle)
Barton całuje Rose, która potem utrzymuje, ze wcale nie chciała się na to zgodzić. Aha. Jasne.
Dorcas flirtuje z Erykiem i z Luckiem Malfoyem (mówiłam coś o tym, że wszyscy są młodzi?)
Kończy się bal.
Wraz z balem kończy się semestr, więc wszyscy bohaterowie rozjeżdżają się w swoją stronę. Rose i Barton, a także James i Britain decydują, że nie będą roztrząsać swoich romansików i zastanawianie się nad ich sensem zostawią sobie na przyszły rok. Większość bohaterów zgadza się jednak wspólnie spędzić Sylwestra, wiadomo, przez dwa tygodnie wakacji można się straaasznie stęsknić.
Następne rozdzialiki koncentrują się na Vanillii, która jedzie w jakieś cieplusie miejsce na obóz mugolskich sportów i rozkochuje w sobie dwóch facetów. Nie wiem, po co w ogóle o tym wspominam. To też w zasadzie porzucony wątek.
W tak zwanym międzyczasie Syriusz odkrywa, że jest zakochany w Edith (szybki jest, nie? cóż, przynajmniej szybszy niż ona). Planuje wyznać jej miłość w trakcie Sylwestra, ale zupełnie mu to nie wychodzi. Nie ma jeszcze chłopak odpowiedniej motywacji. Przez to swoje guzdrzenie się pozwala na to, żeby James i Edith spędzili pełną tańczenia i języków na migdałkach noc w dyskotece. Sorry, Black, nie ma lojalności w tym narodzie.
Sylwester popycha do przodu dwa romanse – po pierwsze, Remus w końcu całuje Rose (mówiłam, że jest do niej kolejna), a po drugie, Will całuje Lily. Nie wiecie chyba jeszcze, kto to Will. Will to kolejny super przystojny, wspaniały i czarujący chłoptaś z Durmstrangu. Alice używała go wcześniej, żeby wzbudzić zazdrość we Franku.
Oczywiście, ani RemusxRose ani LilyxWill nie schodzą się ze sobą od razu.
Koniec ferii (ale przeleciaaaaałam)!
(dobijamy do czterdziestki, a ja coraz lepiej już pamiętam, dlaczego nienawidzę pisania streszczeń)
(porzuciłabym je tu i teraz, ale tak w 2/3 nie za bardzo wypada)
Mamy mecz, w którym wszyscy jak zawsze prawie umierają, ale dzięki temu Britain odkrywa, że James jest uroczy i przynajmniej ta dwójka przestaje wokół siebie krążyć jak sęp nad padliną. Syriusz wciąż nie umie powiedzieć Edith, że ją kocha. Daniel pojawia się na sekundę i znika, bo Rose ma już przecież dwóch innych amantów, nie? Barton wciąż krąży, Will też. Vanilla kontynuuje dramę, która zaraz zniknie na wieki.
No i wtedy następuje zwrot w akcji dla związku SyriuszxEdith (który kiedyś nadejdzie): Edith zauracza się super mega przystojnym (w tej szkole nie ma brzydkich facetów) Włochem.
OMG.
Syriusz wariuje i po kilku tygodniach (powiem wam kiedy) wewnętrznej mordęgi napada Edith i wyznaje jej miłość w bardzo brutalny, krzyczący i JACIKURWANIEPOZWALAMMIEĆINNYCHFACETÓW sposób.
Nie muszę chyba mówić, że Edith nie jest zachwycona...?
(takie chwyty to działają tylko na moje heroiny, moje heroiny lubią brutalnych facetów, którzy je biją, jedzą ludzi, wskrzeszają trupy, kantują w pokera, ograniczają ich wolność osobistą, mówią im, co mają robić, drą się zawsze i wszędzie, mordują – seryjnie – albo przynajmniej nie płacą podatków)
(CO JEST ZE MNĄ NIE TAK?!)
(pragnę wykorzystać tę chwilę, by zaznaczyć, że mój facet nie robi żadnego z powyższych)
W tak zwanym międzyczasie Eryk próbuje zorganizować idealny dzień dla Dorcas, ale, niestety, o okrutny losie!, Dorcas zdążyła poznać migdałki innego faceta. Jak powiedział klasyk: zdarza się.
Zbliża się drugi etap Turnieju Trój... Jednorocznego. Jako że Vanilla jest dobrą koleżanką Edith, zgadza się zdradzić Jamesowi zagadkę, którą przedstawił jej feniks. To ciekawe, że drugi etap Turnieju Jednorocznego też polega na rozwiązaniu zagadki. Hm. Mało kreatywne to Ministerstwo czy kto tam to wszystko organizuje.
Potter nie jest dość mądry, by rozwiązać zagadkę samemu ­– pomagają mu Lily i Rose, które wspólnymi siłami odkrywają, że następne zadanie będzie polegać na wypiciu trucizny i zdobyciu na nią odtrudki przed tym, jak kopnie się w kalendarz. Turniej Jednoroczny jest bezpieczną wersją Turnieju Trójmagicznego. Totalnie.
Will i Eryk krążą. Barton w końcu zaliczył i już krążyć nie musi.
Drugi etap! Pierwsza notka na temat drugiego etapu jest tylko snem Lily, w której Evans uświadamia sobie, że tak, chyba zdecydowanie jednak tak widzi człowieka w Jamesie Potterze. Sen ten obejmuje kocyki, ratowanie z opresji, romantyczne przemowy i pocałunki.
Prawdziwy dzień drugiego etapu jest zdecydowanie mniej słodziutki (szczegóły – rozdział czterdzieści dziewięć).  James spożywa truciznę, która pozbawia go czucia w całym ciele, ale udaje mu się heroicznie ostatnim tchem zerwać odtrutkę z ogona potwora, który go atakował. Wygrywa. Ostatnio nie wygrał, trzeba było naprawić ten narracyjny błąd. Lily cieszy się, ze nic mu się nie stało, ale w duszy cierpi, że pozbawiony czucia James nie jest równie słodki, co ślepy James z jej snów.
Ech, kobiety.
W tym samym rozdziale Syriusz w końcu drze się na Edith, że ją kocha. Przepraszam, że wam wcześniej powiedziałam. Jestem w tych ludzi, którzy czytają kryminał, a potem mówią wszystkim dookoła, kto zabił.
(nienawidzę kryminałów)
Ale, wiecie, mogłam się zniecierpliwić. Chłopak się zbierał w sobie PIĘĆDZIESIĄT ROZDZIAŁÓW.
Ostatnie 10 notek jest znacznie dłuższych i mięsistszych, ale nie wiem, czy aż tyle wątków zostaje popchniętych do przodu. William i Eryk wciąż krążą. Rose coraz bardziej zakochuje się w Remusie i zaczyna rozumieć, że ona i Barton to związek bez przyszłości (w rozdziale sześćdziesiątym pierwszym w końcu go zostawia). Syriusz cierpi, bo Edith go nie chce, a Edith dopiero powolutku zaczyna rozumieć, że może jednak tak...? James i Britain bez zmian. Frank i Alice też.
Jedyna część opka, która w miarę toczy się do przodu, to część o Quidditchu. Dzięki temu, że Eryk zostaje poważnie kontuzjowany w trakcie meczu, a Ślizgoni nie potrafią liczyć, Gryfoni wygrywają Puchar Domów. Gdy tylko szkolne rozgrywki kończą się, James zostaje poinformowany o nadchodzących rozgrywkach międzyszkolnych i jako nowy kapitan Hogwartu musi wybrać swoją drużynę. Nie ma w niej miejsca dla Britain, która prawie o przez to zostawia. Tyle.
Chyba skończyło mi się streszczenie. To dziwne, że najnowsze notki zapadają w pamięć najgorzej, chociaż czytałam je mniej niż 24 godziny temu.
TU SIĘ KOŃCZY STRESZCZENIE. DLA TYCH, CO I TAK WIEDZĄ, O CZYM JEST OPKO.
Pomijając absurdalne wątki, których wszyscy autorzy ffków powinni się wstydzić do końca życia (kryptoaurorzy ­– ja miałam kryptośmierciożercę! wciąż mam, wcale-nie Turnieje Trójmagiczne, bale, kryptowile, mugolskie sztuki, dyskoteki z Abbą etc.), największą wadą tego ffka jest porzucanie postaci i wydarzeń. Samo to streszczenie pełne było rzeczy, o których nawet nie chciało mi się pisać, bo nigdy więcej nie pojawiają się w tekście. Przykłady?
Koleżanki Edith. Słyszymy, że są złe i niedobre, poświęca im się trochę czasu, a potem znikają. Jeśli miały być tylko kontrastem do "dobrej" wili Edith, to też nie do końca się sprawdza, bo to, że Edith jest wilą, zostaje całkowicie zapomniane w tekście. Nie wiem, czy się tego teraz wstydzisz i ukradkiem się z tego wycofujesz, czy uznajesz, że to nieistotne, ale, szczerze, nic by się w tym tekście nie zmieniło, gdybyś to po prostu usunęła. NIC. Cały ten wątek nie ma ŻADNEGO wpływu na rozwój wydarzeń i bohaterów.
Daniel. Nie, żeby podobał mi się ten pomysł (bo tak nie jest; w dodatku nic się w tej historii nie trzyma kupy), ale całe to jego zniknięcie i to, jak poradziłaś sobie z jego krótkim powrotem wręcz krzyczy: MAM NOWEGO FACETA DLA ROSE, NIE JESTEŚ POTRZEBNY.
Cały wątek Vanilli. Dostaje dwa rozdziały pełne romantycznych opisików, duży wątek, mnóstwo miejsca i.. i co? Vanilla nigdy nie staje się nikim poza bohaterką epizodyczną. Pojawia się na chwilę, zajmuje uwagę wszystkich i znika. Bum. Marnowanie miejsca i czasu.
I tak dalej, i tak dalej. Może jednak przydało ci się streszczenie. Osobiście nie znoszę ich głównie dlatego, że a. jestem leniwa jak cholera b. jestem leniwa jak cholera c. uważam, że służą bardziej uciesze czytających ocenkę niż pomocy autorce. Ale tyle lat pisania może sprawić, że zapominasz o tym co i gdzie wprowadzałaś. Moje streszczenie pewnie nie pomoże ci aż tak, więc radziłabym to po prostu przeczytać, może zrobić notatki. Tyle.
W odróżnieniu od większości opek tego typu nie rzucasz w czytelnika miliardem zwrotów akcji. W zasadzie zdecydowana większość ffka to zapychacze miejsca. Takie tam scenki obyczajowe. Śmiałam się, że Alice i Frank schodzili się przez połowę rozdziałów, ale to dobrze. Tempo jest świetne, o dziwo, bo w konwencji rzygania dialogami (tego się nie da inaczej ująć) i mnożenia bohaterów jak królików bardzo trudno utrzymać jakąkolwiek kontrolę nad ilością szalonych wydarzeń.
Wiadomo, każdy by chciał, żeby działo się coś poza romansem, ale... Ale po co? Wszystko, co nie jest romansem i się dzieje zdaje się dawać ci w pysk na każdym kroku. Daniel. Wcale-nie Turniej Trójmagiczny. Itede itepe. Może lepiej trzymać się obyczajówki i faktycznie zapomnieć o realiach świata. Konwencja jest lekka i pseudo-komediowa, już sobie wyobrażam wątki Prawdziwe i Autentyczne. Ja pierdolę. Aż mi się niedobrze na samą myśl robi.
Może to jest największą siłą tego ffka? Nie aspiruje. Jest lekki i prosty w obsłudze. Taka z tego Plotkara na papierze, a wszyscy wiemy, że ja się nie potrafię oprzeć Plotkarze (ach, Chuck! nie ma drugiego takiego serialowego tygrysa). Brak wątków społeczno-politycznych jest tutaj plusem, bo przy tym rodzaju narracji, ba, przy tym podejściu do bohaterów i zdarzeń wyszłaby z tego tylko jakaś karykatura, której nikt nie byłby w stanie przełknąć.
A jednak oceniałam tu już lepsze opka obyczajowe o Huncwotach. Pozbawione realiów czasów, ale lepsze. I tu dochodzimy do drugiego największego błędu tego ffka ­ – wszystko jest takie same.
Każdy jeden wątek, każdy jeden zwrot akcji, wszystko to leci na jedno kopyto. Bohaterowie niby się od siebie różnią (o tym później), ale w zasadzie na to, co dzieje się wokół nich, reagują tak samo. Opko czyta się przyjemnie, ale jednocześnie człowieka nie opuszcza wrażenie, że, ech, w zasadzie to czyta to samo w trochę innych słowach.
Fabułę streścić można krótko: nieśmiała/niepewna/wjakiśsposóbprzezlosskrzywdzona panienka leci na Prawdziwego Tygrysa. Tygrys krąży, krąży, aż w końcu się ze sobą schodzą. Chociaż same postaci teoretycznie różnią się od siebie w innych sytuacjach życiowych, gdy tylko mówi się o nich w kontekście ich wątku romantycznego, bardzo grzecznie wskakują w swoje role i odgrywają je dokładnie tak samo, jak wszyscy inni. Lily jest pewna siebie i swoich umiejętności? Rose jest inteligentna i dumna? Edith jest buntownicza, pełna życia i wie, czego chce? Haha. Przy swoich drugich połówkach wszystkie na jedno kopyto peszą się i grają w tej przepychance nieśmiała niewiasta ­– tajemniczy Casanova. Rose wpadła w to już trzy razy i, serio, ani razu nie zachowywała się zgodnie z tą swoją słynną inteligencją.
Tak samo jest z facetami. Nawet James wpada w tę pułapkę. Ja wiem, ja wiem, że zakochani ludzie zachowują się jak idioci. Ale zachowują się jak idioci na swój własny sposób. A ty zdajesz się mieć w głowie tylko jedną wizję rozwoju znajomości damsko-męskiej i wciskasz ją swoim bohaterom na siłę.
Chciałabym więc od tego ffka trzech rzeczy: żeby wydarzenia oddziaływały na bohaterów i nie przepadały w pułapce dziejów; żeby zniknęły z niego absurdalne wątki, które spokojnie można by było uzasadnić rozwiązaniami kanonicznymi / logicznymi; żeby osobowości bohaterów miały znaczenie większe niż "w opisie stało, że jest mądra, ale to nie bardzo pasuje do konwencji utartego romansu, więc o tym zapomnimy dla dobra narodu".
Ale czyta się nieźle. oHogwart
fabuła: 10/20
Lubię Edith. Nie uważam, że jest Marysią Zuzanną. Może by była, gdyby naprawdę kreowała się na Jedyną Dobrą Wilę. ALE. Edith nie jest wilą. Bywa wilą w dwóch czy trzech notkach, bo to fabularnie wygodne. Tyle. Nie wiem, czy bardziej mnie martwi marnowanie potencjału wątku czy to, że ten wątek w ogóle miał szansę zakiełkować (wile, fuj, co za tani chwyt).
Edith jest najciekawszą postacią, bo biega, hasa, pręży się, ale nie melodramatyzuje. Wszyscy inni bohaterowie są fanatycznie przywiązani do swoich monologów wewnętrznych; poświęcają rozważaniom na temat woli swojego serca i duszy każdy wolny moment. Edith żyje. Oddycha. Biega zimą boso po Pokoju Wspólnym i łapie grypę. W zasadzie nawet jako Idealnie Piękna Kobieta jest najdalej od bycia Marysią Zuzanną, bo ma wady. Zdolna ale leniwa, jasne, tyle że przy tym bezczelna, lekkomyślna, miejscami zwyczajnie głupia, impulsywna, zakochana w sobie, porywcza, dziecięco naiwna. Edith obrywa od narratora najwięcej (co w ogóle jest śmieszne i dowodzi tego, że nikt w tym opku nie obrywa tak naprawdę od narratora) i zbywa to z dziecięcym lekceważeniem, ale jako jedyna postać przynajmniej sprawia wrażenie człowieka, który tylko udaje, że niczym się nie przejmuje. Reszta ma na świat i konsekwencje swoich decyzji porządnie wylane.
Rose. Rose mnie frustruje najbardziej, bo plotka głosi, że Rose jest inteligentna. Wprawdzie rozdział sześćdziesiąty pierwszy W KOŃCU daje jej chwilę na samoświadomość i ocenę własnej sytuacji, ale to, jak przez poprzednie sześćdziesiąt miota się jak marcowy zając jest naprawdę denerwujące. Rose jest głupsza od każdej jednej innej bohaterki. Głupsza i mniej dojrzała. Taka z niej trzynastka z buzującymi hormonami.
Lily. Bałam się, że zostanie histerycznym potworem (serio, histeria to główna cecha charakteru 99,9% Lilek ffkowych), ale nie została i chwała światu za to. Chociaż trudno mi pozbyć się z głowy wspomnienia tej jej histerii na punkcie Przedstawienia, O Którym Dla Dobra Tej Ocenki Nie Będziemy Wspominać. Lily przeszła przez te lata największą metamorfozę wewnętrzną i idzie w bardzo dobrym kierunku. Tak trzymać. Powiedziałabym ­ – nie wpychaj jej w wymuszony romans z Willem, ale miał być każdy z każdym, a ten będzie nie mniej wymuszony niż inne, więc...
James. Miał swoje wzruszające momenty, ale były one motywowane tylko tym, że chciał zaliczyć (jak Rob Stark w Kopciuszku), więc zupełnie się nie liczą. James jest najmniej tygrysim ze wszystkich facetów tego ffka, jeszcze mniej od Remusa (z Lupina to prrrrrrrawdziwy macho normalnie), przez co najłatwiej jego go lubić. Motywuje go głównie chęć zaliczenia (patrz wyżej) i Quidditch. Aż się zastanawiam, czy chciałby w ramach idealnego połączenia zaliczyć swoją miotłę.
Remus. Remus pręży się i wygina, zupełnie porzucając swoją kanoniczną postać. Niby smutno mu, jak Edith odkrywa jego sekret, ale w zasadzie bardzo szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego. Zawsze mi w ffkowych Remusach brakuje nie tyle wymuszonego poczucia winy, co w ogóle jakiejkolwiek próby odseparowania się od świata. Takiego: chciałbym mieć przyjaciół i rodzinę, ale jestem gotowy to poświęcić dla ich dobra. Takiego: zbliżając się do kogoś tylko bym go skrzywdził. Ech. Papierowy jest ten Remus, tyle ci powiem.
Syriuszek. Nie wiem, co powiedzieć o Syriuszku poza tym, że zaraz po Edith jest moim ulubionym bohaterem. Głównie chyba dlatego, że tak jak ona najbardziej pasuje do założonej z góry konwencji romansu. Syriuszka nie trzeba ustawiać i naginać, nie trzeba go zmuszać, by robił rzeczy niezgodne ze swoim charakterem. Wprawdzie daleko mu do tajemniczego skurwiela, ale jest porywczy, miejscami brutalny, nie myśli nad tym, co robi i... I jest nawet w miarę autentyczny, oczywiście nie Prawdziwy i Autentyczny, ale przynajmniej zachowuje się zgodnie z własnym sumieniem.
bohaterowie główni: 9/15
Eryk, William i Barton w mojej głowie są jednym i tym samym człowiekiem. Wiem, ze Eryk jest słodyczkiem, William – tajemniczym milczkiem, a z Bartona kawał chuja. Teoretycznie. Bo w praktyce każdy jeden jest dokładnie taki sam. Metody zarywu też mają podobne. Nie powiem wam, czy wyglądają podobnie, bo nie pamiętam (opisy i ja, haha). Ale wydaje się, jak by wyglądali, bo wszyscy mają postawę i klatę Prawdziwego Sportowca. Nawet Will, który nie jest sportowcem.
(a przynajmniej rozsiewa wokół siebie aurę metr sześćdziesiąt i paker)
Alice i Frank są uroczy i pluszaści. Chociaż, ofc, są zdecydowanie za młodzi. Ale są pluszaści. Kropka.
Dorcas nie Meadowes. Zastanawiam się, czy była kiedyś Meadowes i zmieniła przez lata swoje nazwisko, ale to już moja złośliwość. Dorcas lubi się dobrze bawić i jest bardzo ładna. Potrafi każdego faceta omotać wokół swojego paluszka, ale i tak prędzej czy później ląduje w machinie przemiału romansowego. Nie kupuję Dorcas. Mnie się wydaje, że w takiej formie, nawet gdyby była szalonym 90-60-90 z greckim ideałem piękna na pyszczku nie zarwałaby nawet seksualnego abstynenta od dziecka po studiach z astrofizyki.
bohaterowie tła: 3/5
Dużo się przewija bohaterów bez większego znaczenia. Niestety zaliczyć można do nich takich, którzy dostali dużo czasu antenowego, by zniknąć na wieki – patrz Vanilla i Daniel. Albo Britain i jej koleżanka Violette. Britain jest placeholderem dla Rudej, a Violette była placeholderem dla intrygi.
Jest też tło tło, niespecjalnie zasługujące na jakąkolwiek uwagę. Z takich postaci, o których warto wspomnieć pojawia się Lucjusz Malfoy. Lucjusz Malfoy, który kłuje w zęby, ale w zasadzie nie pełni w tekście żadnej funkcji i równie dobrze mógłby być zastąpiony jakąkolwiek inną postacią Ślizgona.
Wiesz, jak się łamie reguły świata, zawsze trzeba się zastanowić po co. Jasne, alternatywne wersje są eee no, niektórzy ludzie je lubią. Ale każda zmiana powinna coś za sobą nieść. Gdyby Malfoy pojawiał się, bo jakieś szczegóły w jego biografii sprawiałyby, że byłby istotny dla fabuły – okay. Ale on tam jest dla samego bycia i równie dobrze mógłby go zastąpić jakikolwiek Śmierciożerca.
bohaterowie nieistotni: 3/5
Opko pisane jest w wyżej wspomnianej konwencji rzygania dialogami, więc często czytelnik zgaduje, gdzie odgrywa się wspomniana scena. Świat w ogóle nie jest zbudowany i bazuje jedynie na tym, co wszyscy wiemy już z książek. Gdyby to nie był ff a osobne opowiadanie, nikt by nie miał pojęcia o tym, co się do kurczaczka dzieje, gdzie i dlaczego.
Ale przynajmniej daty są. To przydatne, wiecie, człowiek się mniej gubi.
(powiedziała ta, która nigdy nie czyta dat)
Ostatnie rozdziały mają już trochę lepszą proporcję opisu do dialogu, więc mooooże to się kiedyś unormuje. Może. Osobiscie obstawiam, że zostanie juz tak, jak jest.
czas i przestrzeń: 2/5
Kanon kupił sobie butelkę wódki i poszedł się upić na plaży.
Sama autorka wspomina w Suchych Faktach, że ma gdzieś realia świata. Okay. Ale że ocenka to ocenka, a kategoria kanon jednak istnieje, kilka kwestii wypadałoby poruszyć.
Odmładzanie bohaterów. Bez sensu i najmniejszego powodu. Malfoy zresztą ciota jest a nie facet, polecałabym poszukać wśród prawdziwych tygrysów fandomu (czołem, Rosier).
(ej, serio, Malfoy umie się tylko podlizywać – Rosier przynajmniej odrąbał komuś nos)
Bohaterowie żyją w sielance niezakłóconej w ogóle tym, że od kilku lat trwa wojna.
Piwo kremowe to cola z lodami waniliowymi. Nazwa bierze się z tego, że na powierzchni robi mu się taka pianka, przez którą może wyglądać jak piwo. Powiem wam – nie wygląda, w dodatku jest niesmaczne, ale o ile nie była to cola z wódką, jest to napój bezalkoholowy.
(nawet te angielskie pijaki nie serwują piwa dzieciom)
Nauczanie indywidualne nie jest dostępne w świecie czarodziei. Każde dziecko obdarzone mocą magiczną jest automatycznie rejestrowane w odpowiedniej szkole. Na przykładzie Harry'ego najlepiej widać, co się dzieje z rodzicami, którzy odmawiają wydania dziecka. Nie ma się co dziwić. Niewykształcony potencjał magiczny musi być niebezpieczny.
Turniej Jednoroczny. WCALE nie Trójmagiczny.
Durmstrang, tak, mnie też krwawi serce, prawdopodobnie znajduje się w Skandynawii. A już na pewno wszyscy jego uczniowie nie są Bułgarami.
Zaklęcia pilnującego dormitorium dziewcząt nie da się złamać.
Itede itepe, myślę, że z nieścisłości z kanonem można by i drugie opko napisać.
kanon : 0/5

Język
Konwencja tego opka została już wspomniana dwukrotnie, ale z okazji pisania o stylu muszę ją powtórzyć po raz trzeci (zresztą, we Wszechświecie wszystkiego jest po trzy, jeśli wierzyć Regule Trójki): rzygamy dialogami. Nie wiem, jak ludzie to robią, ja przechodzę fizyczne katusze, jak muszę postawić jedną linijkę dialogu na rozdział. Ale mój facet mówi, że dobra książka powinna mieć dialogi, a, wiecie, swoich facetów ponoć powinno się słuchać.
(ta, jasne)
Tyle że: AŻ TYLE?
Jak już mówiłam, z biegiem lat to się trochę uspokaja, ale wciąż zdarzają się fragmenty, w których nie ma ani jednej linijki, co to by się od pauzy nie zaczęła (no, nie powinna zacząć, patrz: zapis). To przerażające. Bohaterowie przerzucają się kwestiami jak głupi, w pustce, w bezczynności.
Kiedy już pojawiają się jakieś opisy ­– jakieś cokolwiek – panuje tu klasyczna moda na przymiotniki i wielką potrzebę sklasyfikowania wszystkiego. Skoro dialogów jest tyle, wszystkie inne istotne informacje dotyczące sceny należy upchnąć w jak najmniejszej ilości słów. To też się poprawia, ale myślę, że droga jest jeszcze długa i wyboista.
Masz też problemy z łączliwością, trochę jest tutaj błędów rzeczowych, słów użytych w złych miejscach, tautologii, kalke z języków obcych, słowem ­– nieumiejętnego posługiwania się językiem i opierania się na zwykłym, potocznym paplaniu zamiast na jakiejś tam próbie udawania literatury.
Przynajmniej nie pojawiają się żadne Zielonookie, które potem pięć lat się próbuje zidentyfikować.
styl: 8/15

Sekcję Zapis sponsoruje Sylf i jej lista największych błędów z notki sześćdziesiątej pierwszej:
„Lily delikatnie wcisnęła klamkę swojego dormitorium” – klamki się naciska, ewentualnie szarpie/łapie się za nie. Wciska się przyciski lub nos w cudze sprawy.
„- Okej – wychrypiał, wstając z wysiłkiem i krzywiąc się, kiedy w końcu rozluźniał napięte przez całą noc mięśnie.” – kwestie dialogowe zaczynamy od pauzy (—) lub półpauzy (–), nie zaś od dywizu.
„Może ominie te kilka oficjalnych procedur?” – „tych” kilka procedur.
„- Wymyśl jakiś powód, a potem no nie wiem, uderz w miłość do książek – wyjaśnił po prostu.” – przecinek przed „no”, bo „no nie wiem” jest ewidentnym wtrąceniem.
„Nie powiesz mi, że to przecież niepotrzebne, albo że marnuje czas, albo że… że to po prostu głupie?” – przed pierwszym „albo” nie stawiamy przecinka. Przed drugim już tak – zasada analogiczna jak w przypadki „i”.
„Bez ostrzeżenia prychnął śmiechem, po czym czym prędzej zatkał sobie usta dłonią.” – nie jest to zdanie błędne, ale koszmarnie nieestetyczne z uwagi na „czym czym”. Zamienniki są przyjaciółmi każdego, kto pisze coś więcej niż przepis na tort czekoladowy!
„Zamrugała oczami, czując się nagle zdezorientowana.” – kto pierwszy da radę zamrugać uszami lub stopami, ten dostanie toster.
„- Wszystko co powiem – wymamrotała.” – przecinek przed „co”.
„Przez chwilę wydał się być szczerze zaskoczony.” – wydawał się zaskoczony. A kysz z tą kalką!
„- Nie? – drgnęła. – Więc czego być chciał?” – byś.
„Ale oprócz tego, oprócz całego tego oburzenia czuła jasno, że tak naprawdę nie za bardzo ją obchodzi, czy Barton przyjmie ją czy odrzuci.” – przecinek przed drugim „czy”.
„I Sprout przez cały dzień sadzi doniczki jak popieprzona.” – ogrodnictwo niby magiczne, ale podstawy zawsze takie same: doniczki się nie ukorzenią, nie rozwiną, nie zakwitną. Sadzonki wyjęte z doniczek i wsadzone do ziemi natomiast…
(nie wiem, jak bym sobie radziła w życiu bez Sylf)
Im dalej w las, tym zapis jest lepszy, wiadomo, lata praktyki, ale ocena obejmuje wszystkie sześćdziesiąt jeden rozdziałów, nie?
zapis: 6/10

55/100
i Kapcie Voldemorta. Powtarzam po raz setny ­– mnie się podobało. Aż spojrzałam, czy zdobyłaś więcej punktów od poprzedniej Lily, którą oceniałam i ucieszyłam się, że tak. Różnica pomiędzy tamtym tasiemcem i tym tasiemcem jest prosta: tego czytało się przyjemnie, bo nie aspirował. Chociaż zawartość była podobna, nie da się ukryć, że ffki o Huncwotach od lat opierają się na dokładnie takich samych zagrywkach.
Jeśli jednak patrzeć na to z punktu widzenia jakiejś tam estetycznej przyjemności, to nie jest dobry ffek. Jest przyjemny, jasne, ale nigdy nie należy zapominać o różnicy pomiędzy podobaniem się a uznawaniem za dobre, która umyka zwykle wszystkim oburzonym psychofankom. Przez tę parę lat wiele zmieniło się w nim na dobre, ale nigdy nie będzie z niego nic więcej niż serii dialogów o ludziach, którzy żyją zakochaniem (bo nie miłością). Blogasek twierdzi, że jesteś tego świadoma. To dobrze. Pozostaje mi tylko życzyć dobrej zabawy i powodzenia, gdybyś kiedyś planowała napisać coś poważniejszego.